Offcanvas Info

Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

KURSY | TELEFONY | TORTY | ELEKTRO | FINANSE | MODA | KOMÓRKI | AGD | WAKACJE | UBRANIA | BEZPIECZEŃSTWO
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
Od czasu, gdy psychologia wyodrębniła się z teologii (gdzie pierwotnie stanowiła tzw. naukę o duszy), jej przedstawiciele starali się nie tylko analizować ludzkie zachowania i emocje, które stoją u ich podstaw, ale szukać także wskazówek mogących pomóc w rozwoju osobowościowym.W ramach gwałtownego rozwoju, jaki przypadł w udziale psychologii w ubiegłym stuleciu oraz różnych szkół, zmieniało się podejście zarówno interpretacyjne jak i terapeutyczne. Można odważyć się na stwierdzenie, iż postawa wobec sytuacji straty, zawsze stała w centrum zainteresowania psychologów. Był to kluczowy problem, któremu starano się zaradzić. To w jaki sposób człowiek radzi sobie ze stratą, rzutuje na całe jego życie i niejako sprawia, iż może to życie przeżyć szczęśliwie lub też nie. Straty nie da się uniknąć. Każdy z nas prędzej czy później jej doświadcza. Nigdy nie należy strat bagatelizować, ani tych pozornie małych, ani też wielkich nieszczęść. Mamy skłonność myśleć, że zgubienie przez dziecko ulubionej zabawki jest mniejszą stratą niż utrata bliskiej osoby lub pożar, w którym rodzina traci cały dobytek. Tak niewątpliwie jest z obiektywnego punktu widzenia. Jednak ludzkie emocje kierują się swoimi prawami i są to prawa odrębne od zasad logiki i racjonalnego osądu. Małe dziecko będzie rozpaczało tak samo mocno nad zagubionym misiem, jak dorosła osoba, której skradziono samochód. Patrząc z punktu widzenia niezaangażowanego obserwatora możemy uznać, że dorosły poniósł większą stratę, więc jego przygnębienie jest bardziej uzasadnione. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Dorosłość, albo raczej dojrzałość osobowa, polega właśnie na tym, że człowiek potrafi lepiej radzić sobie ze stratą i to niezależnie od jej przyczyny. Być może takie stwierdzenie wyda się okrutne, zwłaszcza gdy dotyczy wielkich nieszczęść, ale to właśnie jest jedyna skuteczna metoda na szczęśliwe i radosne życie!Każdy z nas wolałby żyć bez ponoszenia strat. Tak rozumiemy szczęście i powodzenie w życiu ? chcemy osiągać coraz więcej i jednocześnie nic nie tracić. Jest to jednak niemożliwe. Droga do szczęścia wiedzie tylko poprzez nauczenie się radzenia sobie ze stratami. W tej kwestii wszyscy psychologowie są niemal zgodni. Problem rozpoczyna się w momencie określenia sposobu, w jaki należy sobie ze stratą radzić. W tej sprawie zdania są podzielone. W ostatnich latach pojawiło się zupełnie nowe podejście do tej problematyki. Jest ono oparte na najnowszych badaniach i na ogół nie jest jeszcze znane szerszej publiczności. Prawdopodobnie nie jest znane także licznej rzeszy psychologów, którzy swoją praktykę, tudzież wykłady uniwersyteckie opierają na starych badaniach. Gdy przejrzy się dostępne w księgarniach poradniki, także widać w nich stare ujęcie. Wydaje się ono na tyle właściwe, że mało kto odważa się podważyć jego zasadność.W tym cyklu artykułów pragnę skonfrontować stare ujęcie dotyczące radzenia sobie ze stratą, z tym nowym. Zdaję sobie sprawę, że psychologia, jak każda nauka, podlega ciągłemu rozwojowi. Pojawiają się pewne teorie i zanikają. Wiarygodność badań w dużej mierze zależy od przyjętych kryteriów i metody. Czasem trzeba czekać kilkadziesiąt lat, by okazało się, że pewne badania były przeprowadzone błędnie lub nawet tendencyjnie. Niemniej właśnie dlatego trzeba być otwartym na nowe. Trzeba starać się obiektywnie analizować stare poglądy i konfrontować je z nowymi bez uprzedzeń. Jeśli stawką ? jak w tym wypadku ? jest nasze szczęście, to jest to stawka wysoka. Gdy dochodzi do jakiegoś wielkiego nieszczęścia, uruchamia się pewne mechanizmy mobilizujące aparat instytucjonalny oraz siły społeczne, by pomóc poszkodowanym. Co jakiś czas, dzięki pośrednictwu mediów, możemy niemal uczestniczyć w nieszczęściu innych ludzi. Niewątpliwie taka pomoc i mobilizacja instytucjonalnych oraz pozainstytucjonalnych sił społecznych, jest bardzo potrzebna. Jednym z jej elementów, jaki od lat stał się stałym składnikiem, jest pomoc psychologów. Podstawowym celem, jaki wówczas stawiają sobie pomagający poszkodowanym psychologowie, jest nakłonienie ofiar do werbalizacji własnych uczuć, by w ten sposób szybciej pogodzili się ze stratą i mogli powrócić do normalnego życia. Nieco inaczej rzecz wygląda, gdy dotyka kogoś nieszczęście o charakterze bardziej indywidualnym. Nie ma u nas tradycji chodzenia do psychologa lub terapeuty w takiej sytuacji. Jest to bardziej rozpowszechnione w USA oraz niektórych krajach zachodnioeuropejskich. Mimo wszystko, jeśli w pobliżu znajdą się przyjaciele lub jakieś inne życzliwe osoby, to zgodnie z powszechnie przyjętą zasadą, zaczną oni poszkodowaną osobę namawiać do wypowiedzenia swojego smutku i bólu. Zapewne każdy, kto będzie czytał ten artykuł, uzna to za rzecz oczywistą i nie podlegającą dyskusji. Podobny pogląd stał się powszechny i głęboko zapadł w naszą zbiorową świadomość. Nawet, gdy w pewnych sytuacjach nie potrafimy mówić o naszym bólu, to uznajemy, że powinniśmy jakoś przezwyciężyć opory i zwerbalizować to co czujemy. To ma nam przynieść ulgę i pozwolić stopniowo pogodzić się ze stratą. Tymczasem niekoniecznie musi tak być! Czy na pewno oferowana w ten sposób pomoc psychologiczna oraz pomoc znajomych jest najwłaściwsza? Wielu ludzi po pewnym czasie wraca do normalnego życia, ale czy przypadkiem nie jest to tak jak z przysłowiem o leczeniu kataru? Wiadomo katar leczy się tydzień, a nieleczony trwa siedem dni. Czy rzeczywiście pieniądze i siły ludzkie przeznaczone do tak rozumianej pomocy są najlepiej wykorzystane? Może nadszedł czas, by zmierzyć się z kolejnym dogmatem psychologii i zapytać: Czy wyrażanie własnych emocji i smutku zawsze jest konieczne? Przez całe lata, a być może nawet dziesięciolecia, psychologowie przekonywali nas, iż jedynie poprzez werbalizację swoich uczuć w sytuacji straty, możemy się z nią uporać.To właśnie wypowiedzenie tego co boli stało się kamieniem milowym psychologii. Zarówno słynne kozetki w gabinetach psychologów, jak i inne formy terapii, bazowały na tej fundamentalnej zasadzie. Oficjalnie zasada ta nadal obowiązuje, jednak badania przeprowadzone niedawno przez zespół, którym kierowała Roxane Cohen Silver, rzucają nowe światło na tę kwestię. Badania zostały przeprowadzone z udziałem osób, które przeżyły ataki terrorystyczne 11 września 2001 roku. Na rozesłaną ankietę odpowiedziało aż 14 tys. respondentów. Były to wprawdzie osoby, które nie straciły nikogo bliskiego w tych wydarzeniach, jednak znajdowały się na tyle w ich centrum, że badania te wiążą się dość ściśle z poruszaną tutaj kwestią. Wynik badania był zdumiewający. Okazało się bowiem, że osoby, które nie dzieliły się swoimi doświadczeniami i odczuciami związanymi z przeżytą sytuacją, poradziły sobie z nią całkiem dobrze. Co więcej, w miarę upływu czasu stwierdzono, iż przejawiają one mniej zaburzeń psychicznych oraz dolegliwości psychosomatycznych niż ci, którzy (zgodnie z tradycyjnymi zaleceniami) mówili otwarcie o swoich uczuciach. Strata jest ostatecznie podobnym nieszczęściem, a nasz układ nerwowy ma dość ograniczoną możliwość reakcji. Podobnie, choć zabrzmi to może nieco okrutnie, zareagujemy na wypadek, z którego wyszliśmy cudem żywi, jak na śmierć bliskiej osoby. Ostatecznie w obu tych wypadkach doświadczamy znikomości naszego życia i straty poczucia bezpieczeństwa. To właśnie dlatego uznałem, iż przedstawione badania wiążą się bezpośrednio z omawianym tematem. Mimo wszystko, nie można budować żadnej teorii naukowej w oparciu o jeden eksperyment badawczy. Nawet jeśli jest on zakrojony na szeroką skalę. Jednak tak naprawdę podobnych badań było już wiele. Ich wyniki długo odrzucano jako niezgodne z panującą teorią. Wyniki obarczano błędem wynikającym z metodologii. Nie miejsce tutaj na szczegółowe analizy sporów pośród specjalistów. Tylko laikowi może się wydawać, że nauka to jednolity blok. Tymczasem osiągnięcia, z których się korzysta na co dzień, są rodzajem pewnego kompromisu poznawczego. Trzeba jeszcze w tym miejscu wspomnieć o badaniach przeprowadzanych przez neurologów i psychologów, które dowiodły, iż ludzki mózg reaguje szybciej na cierpienie fizyczne niż na cierpienie psychiczne innych ludzi. Czyżby to był tylko przypadek? Może jednak cierpienie fizyczne jest tym, co wymaga natychmiastowej interwencji, bo zagraża życiu lub zdrowiu drugiego człowieka. Zupełnie inaczej jest w przypadku cierpienia psychicznego, tu już reakcja jest opóźniona, bo być może nie zawsze konieczna jest interwencja? Zdaję sobie sprawę, że uważny Czytelnik może mi zarzucić poruszanie się w sferze przypuszczeń i hipotez, które nie zostały do końca zbadane. W pewnym sensie będzie to prawdziwy wniosek, ale ostatecznie ciągle poruszamy się po terenie nieznanym. Mimo licznych badań, psychologowie ciągle odkrywają nowe mechanizmy ludzkiej psychiki i ciągle muszą weryfikować swoje teorie. Mózg jest nadal wielką zagadką. Jeśli więc jakieś badania podważają to, co od lat było pewnikiem, to warto przyjrzeć się temu bliżej. Kolejny zarzut może przyjść z zupełnie innej strony, a mianowicie ze strony gałęzi psychologii zwanej charakterologią. Wiadomo bowiem, iż ludzie rodzą się z określonym typem temperamentu i to w dużym stopniu wpływa na ich reakcje oraz zachowania. Istnieje wiele systemów typologii. Kiedyś za Hipokratesem i Galenem mówiło się o czterech temperamentach. Obecnie wyróżnia się ich kilkanaście a czasem nawet kilkadziesiąt. Skoro więc temperament sprawia, że (nieco rzecz upraszczając) na przykład jedni mają silniejszą psychikę a inni słabszą, to nie uwzględnienie tego w badaniu wydaje się poważnym niedociągnięciem, które stawia całość pod znakiem zapytania. Jednak już dawno uznano, że silna psychika to pojęcie dość względne, a uznanie, że ktoś kto ma temperament choleryka lub pasjonata (wg typologii lasennowskiej) poradzi sobie z cierpieniem lepiej niż osoba o typie sentymentalnym, jest zwykłym determinizmem. Taki psychologiczny determinizm jest dość wygodny, ale tak naprawdę jest nienaukowy, a co więcej nieetyczny. Oznaczałby bowiem, że określone osoby potrzebują pomocy psychologicznej, a inne są na tyle silne, że wystarczy zrobić im test określający rodzaj temperamentu, by przekonać się, iż można im takiej pomocy odmówić. Przypomina to modny swego czasu pogląd, że osoby z domów dziecka lub rodzin patologicznych nie są zdolne do stworzenia normalnej rodziny. Na szczęście większość liczących się psychologów i socjologów szybko wycofała się z tego stanowiska, choć sam miałem kiedyś okazję słyszeć podobne rzeczy na pewnym wykładzie. Na pewno informacja o temperamentach poszczególnych badanych byłaby interesująca i pozwoliłaby na lepsze zrozumienie problematyki, ale jej brak nie przesądza o wyniku. Samo badanie nie przesądza o niczym, a my ciągle nie wiemy czy należy mówić o swoim cierpieniu czy też nie? Skoro, jak sugeruje to i kilka innych badań, nie zawsze jest to właściwe, to kiedy należy mówić, a kiedy nie? Co tak naprawdę pomaga w uporaniu się z poczuciem straty i z innymi nieszczęściami? W kolejnym artykule spróbuję choć częściowo odpowiedzieć na te pytania. W tym celu odwołam się do teorii dużo starszej i już nieco zapomnianej, lecz w świetle powyższych badań, na nowo aktualnej. Do teorii prezentowanej przez Viktora Frankla.  Victor Frankl był więźniem nazistowskich obozów koncentracyjnych, więc na pewno doświadczył poczucia straty w sposób, jakie większości z nas (miejmy nadzieję) nigdy nie będzie dany.Był także znanym i cenionym psychologiem. Jego doświadczenia obozowego życia oraz intelektualne fascynacje zaowocowały stworzeniem unikalnego systemu psychologiczno-filozoficznego i opartej na nim terapii. Frankl połączył ówczesne osiągnięcia psychologów z filozofią egzystencjalną. W czasach, gdy królował freudyzm i we wszystkim doszukiwano się walki dwóch popędów Erosa i Tanatosa (seksu i śmierci), Frankl uznał, że najważniejszą rzeczą motywującą człowieka do działania jest poczucie sensu własnego życia. To właśnie poczucie sensu pozwala uporać się z poczuciem straty i z cierpieniami dotykającymi nas każdego dnia. W momencie, gdy dotyka nas jakieś nieszczęście lub doświadczamy straty, czujemy się bezradni. Bardzo często z ust człowieka, który przeżył stratę bliskiej osoby, padają słowa, iż jego życie straciło sens. Można też zauważyć narastającą w sposób niepokojący liczbę samobójstw. Wydaje się, że coraz częściej i w odpowiedzi na coraz mniejsze problemy, ludzie decydują się na krok ostateczny ? na odebranie sobie życia. To już nie tylko strata bliskiej osoby jest czynnikiem popychającym do samounicestwienia. Coraz częściej jest to utrata pracy lub części mienia. Wydaje się, że jako społeczeństwo coraz gorzej radzimy sobie ze stratą. Czy naprawdę żyjemy w tak trudnych czasach, że często odebranie sobie życia jest jedynym rozwiązaniem? Ludzie z pokolenia Viktora Frankla stracili o wiele więcej. Stracili dorobek swojego życia, stracili najbliższych, często stracili także młodość i zdrowie. Oglądali rzeczy jakich nie powinno się oglądać. Mimo wszystko chcieli żyć. Rzadko zdarzały się samobójstwa po wojnie. To przecież ci sami ludzi odbudowali swoje kraje i domy. Nikt byłym więźniom obozów koncentracyjnych nie udzielał pomocy psychologicznej ? mimo to większość z nich poradziła sobie z poczuciem straty! Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie neguję w tym miejscu roli psychologów w niesieniu pomocy ludziom, którzy przeżyli jakieś nieszczęście. Pragnę jedynie wskazać na paradoks, który powinien dać do myślenia. Odpowiedzią na przeżytą stratę są nie tylko samobójstwa. Jest też wiele sytuacji, w których osoby nieszczęśliwe pozorują niejako swoje samobójstwo, czyli robią to tak, by ktoś zdążył je odratować. Zapewne jest to istotny sygnał, że dana osoba nie radzi sobie z przeżytą stratą. Obok takich ludzi są wciąż i tacy, którzy przeżywają swój ból i po pewnym czasie odzyskują chęci do życia. Co tak naprawdę ich różni? Czyżby ów sens życia, o którym pisał Frankl? Zanim pójdziemy dalej, trzeba jeszcze wspomnieć o chorobach psychosomatycznych, które występują jako skutek ciężkich przeżyć. Podobnie jak próby samobójcze, są one wołaniem o pomoc i opiekę, choć jest to wołanie wyłaniające się z podświadomości danej osoby i nie podlegające jej bezpośredniej decyzji. Wszystkie te problemy wiążą się z poczuciem, iż należy nam się opieka ze strony innych osób. Lata lansowania przez psychologów poglądu, iż trzeba wypowiedzieć swój ból, spowodowały, że uzależniliśmy się nadmiernie od pomocy innych ludzi. Pozostawieni sam na sam z bólem, zupełnie sobie nie radzimy. Choć jest to kwestia poboczna dla omawianego tematu, zawróćmy uwagę, jak w ostatnich latach zwiększyła się sprzedaż środków przeciwbólowych. Chwila bólu i już sięgamy po tabletkę. Podobnie zaczęto traktować psychologów oraz wszystkie osoby, które gotowe były słuchać. Nie chodziło już tylko o wypowiedzenie bólu, lecz o przerzucenie odpowiedzialności na drugą osobę ? ?Skoro mówię ci o mojej stracie, to ty musisz coś z tym zrobić!?. W ten sposób, to co pierwotnie mogło rzeczywiście pomagać, stało się w pewnym momencie narzędziem do pogłębiania niedojrzałości. W taki sposób dochodzimy do wspomnianych samobójstw i innych przejawów niedojrzałości psychicznej. Tu znowu potrzebne jest wyjaśnienie. Każde samobójstwo jest wielkim nieszczęściem i trzeba wstrzymać osąd w indywidualnych przypadkach. Nie żyjemy w średniowieczu, by potępiać wszystkich samobójców. Należy raczej okazać współczucie, jednak, by takich sytuacji było mniej, trzeba wskazać na przyczyny. Trzeba zobaczyć pewne społeczne tendencje, które pogłębiają u wielu ludzi niemożność radzenia sobie z poczuciem straty. Nikt z nas nie jest odpowiedzialny za cierpienie, które nas dotyka. Są oczywiście sytuacje, kiedy sami doprowadzamy do cierpienia, ale nawet wtedy stoimy już wobec faktów dokonanych. Trzeba wówczas zastanowić się co dalej, a nie jedynie pogrążać w rozpaczy. Nie jesteśmy w stanie przywrócić do życia bliskiej osoby po jej śmierci. Nie jesteśmy czasem w stanie naprawić zerwanej relacji. Nie zawsze uda nam się odzyskać utraconą pracę. Skradzione mienie też zwykle przepada na zawsze. Każdy, prędzej czy później doświadcza straty. Co więcej, nie zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał nas wysłuchać. Nie zawsze znajdą się obok ludzie, którzy okażą nam ciepło i współczucie. Można wprawdzie wypisywać rzeczy wręcz przeciwne. Zarówno papier, jak i edytory tekstu, charakteryzują się niezwykłą wprost cierpliwością. Pisanie, że zawsze obok znajdzie się ktoś..., będzie bardzo pokrzepiające, ale niewiele warte w sytuacji realnej straty. Prawda jest taka, że może się znajdzie, a może nie. Nam natomiast zależy na prawdziwej odpowiedzi na pytanie, jak radzić sobie w sytuacji straty. Obiecuję, że już dłużej nie będę trzymał Czytelnika w niepewności i skoro już przedstawiłem wszystkie wątpliwości, w kolejnym artykule, wraz z Viktorem Franklem, postaram się odpowiedzieć na to pytanie. Prawie każdy człowiek żyje dla kogoś lub dla czegoś. Często żyje się dla wielu rzeczy na raz.Rzadko jednak żyje się dla siebie i samego życia jako wartości. Zapewne w tym momencie większość Czytelników uzna, że życie dla samego siebie jest formą skrajnego egoizmu. Co więcej, takie postawienie sprawy stoi w jawnej sprzeczności z zasadami religijnymi lub humanistycznymi. Podobnie jak to miało miejsce w kwestii wypowiadania swoich uczuć, tak samo i tu, a właściwie jeszcze bardziej i dłużej wmawiano nam, iż człowiek musi żyć dla kogoś lub czegoś, a nigdy dla samego siebie. Pragnę jednak zapewnić, że taka postawa nie stoi w sprzeczności z żadnym wielkim systemem religijnym ani światopoglądem humanistycznym. Mam nadzieję, że stanie się to oczywiste po zakończeniu lektury tego artykułu. Jednak potrzebna jest duża doza szczerości wobec samego siebie i dystansu do własnej osoby. Życie dla kogoś lub czegoś jest tak naprawdę zrzeczeniem się odpowiedzialności za swoje życie. Iluż ludzi zapytanych o sens swojego życia, odpowie, iż żyje dla dzieci lub dla jakiejś innej bliskiej osoby? Obecnie można także obserwować ludzi, którzy żyją tylko dla własnej przyjemności. Dzień bez konsumpcji, bez dobrej zabawy ? to dzień stracony. Co będzie jeśli umrze ukochane dziecko? Zresztą wystarczy, że wyprowadzi się z domu i zamieszka gdzieś daleko. Co będzie, gdy zabraknie pieniędzy na przyjemności? Ciągle jeszcze wielu ludzi podejmuje pracę jako zło konieczne. W zasadzie jest to zrozumiałe w sytuacji kryzysu i problemów na rynku pracy. Nie zawsze można wybierać pracę, która będzie naprawdę interesująca. Miałem okazję pracować z osobami w wieku lat dwudziestu kilku, które codziennie rano odliczały dni do emerytury. Czy taka sytuacja jest normalna? Życie dla tych ludzi zaczynało się dopiero w ramach weekendowych imprez i urlopowych wyjazdów. Czy naprawdę reszta ich życia nie miała wartości? Może po prostu sami je takim uczynili? Niektóre z tych osób w momencie utraty pracy, tej nielubianej albo wręcz znienawidzonej, popadało w depresję, a zdarzały się także samobójstwa! Nie chodziło oczywiście o samą pracę, lecz o brak środków na przyjemności. Trzeba też wspomnieć o problemie alkoholizmu. Ileż to razy słyszałem tłumaczenia, że ktoś pije, bo stracił bliską osobę, albo ma za mało pieniędzy na lepsze życie. Nikt z tych ludzi nie zauważał, że sam zaprzepaszczał swoje życie i możliwość jego poprawy. Może się wydawać, że nieco odbiegłem od tematu poczucia straty, lecz to wszystko sprowadza się właśnie do najważniejszej kwestii związanej z radzeniem sobie ze stratą, a mianowicie ? do odpowiedzialności za swoje życie. Powróćmy teraz do owego ?życia dla dzieci?, które dla wielu ludzi stanowi sens ich życia. Wydaje się to całkowitym zaprzeczeniem egoizmu. Czy jednak na pewno zawsze tak jest? Przecież wielu ludzi wprost przyznaje się do tego, iż oczekują, że dzieci zaopiekują się nimi na starość. Co więcej, ileż rozczarowań przynosi fakt, że dziecko nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Często w ramach tak pojętego sensu życia, planuje się dokładnie przyszłość dziecka i nie zostawia mu możliwości na samodzielne wybory. To ono ma spełnić wszystko to, co nam się w życiu nie udało. W nim chcemy odzyskać to, co utraciliśmy we własnym życiu. Nie twierdzę bynajmniej, że nie należy kochać dzieci lub że jest w tym coś złego. Jednak jakakolwiek postawa roszczeniowa wobec nich jest właśnie egoizmem i niedojrzałością. Niestety jest to postawa nader częsta. Podobnie ma się rzecz z nadopiekuńczością. Wszystko to sprowadza się do przeniesienia swojego poczucia strat w życiu na kolejne pokolenie. To ja jestem odpowiedzialny za swoje życie. To tylko moja sprawa co mi się udało w życiu osiągnąć, a czego nie. Nikt inny nie może naprawić moich niepowodzeń i odzyskać tego, co straciłem. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że sami ponosimy odpowiedzialność za swoje życie. Dotyczy to także życia po stracie, zarówno tej małej, jak i po wielkich tragediach. Nie mamy wpływu na smutek, który nas wówczas ogarnia ani też na ból. One są i nie należy zaprzeczać ich istnieniu. Jednak to od nas zależy, co zrobimy z tym smutkiem i bólem. Czy w tej sytuacji zlekceważymy swoją odpowiedzialność? Czy pozwolimy, aby strata doprowadziła nas do kolejnych jeszcze większych strat ? z samym życiem włącznie ? czy też podejmiemy walkę o nasze życie? Wielu psychologów podkreśla fakt, iż innych ludzi możemy kochać tylko na tyle, na ile kochamy samych siebie. Potrafimy być za innych odpowiedzialni w sposób dojrzały, który pozwala im na popełnianie błędów i samodzielną naukę wówczas, gdy jesteśmy odpowiedzialni za samych siebie. Wtedy potrafimy od siebie wymagać, a jednocześnie wybaczać sobie błędy i potknięcia. Tak samo będziemy się zachowywać wobec innych bliskich osób ? również naszych dzieci i tylko dzięki temu mogą one wyrosnąć na dojrzałe i samodzielne osoby. Moment wielkiej straty jest probierzem tej postawy. Jeśli w takiej chwili nie podejmiemy walki i nie będzie nas stać na uporanie się ze swoją stratą, to znaczy, że nie kochaliśmy w sposób odpowiedzialny straconej osoby ani samych siebie. Jest to prawda trudna do przyjęcia, ale tylko jej zrozumienie gwarantuje zdolność do radzenia sobie z poważnymi stratami. Na koniec tej części, przytoczę anegdotę z książki Frankla. Oto mamy wielką kolejkę, w której tłoczą się ludzie. Porządku pilnuje policjant. W pewnej chwili jakaś kobieta stara się przepchać do początku kolejki. Krzyczy do policjanta: ?Jeśli mnie pan nie przepuści, to ja tu panu zemdleję!?. Na co policjant, który był człowiekiem o bardzo dojrzałej osobowości, odpowiada: ?Pani nie mnie zemdleje. Pani sobie zemdleje.? W kolejnym, ostatnim już artykule z tego cyklu, postaram się krok po korku przedstawić praktyczny sposób radzenia sobie ze stratą. Będzie to o tyle skuteczne, o ile przyswoimy sobie prawdę o naszej własnej odpowiedzialności za swoje życie i jego wartości, która jest niezależna od czynników zewnętrznych. Zarówno to, co zostało napisane w poprzednim artykule, jak i treść tego, może się wydać nieco okrutne lub bezwzględne.Z tego powodu trzeba wielkiej delikatności w procesie uświadamiania drugiej osobie, jak ma poradzić sobie ze stratą. Najlepszym rozwiązaniem będzie zastosowanie tych zasad przede wszystkim do samego siebie. Trzeba także zdawać sobie sprawę, iż łatwo prowadzić rozważania na podobny temat, gdy nie dotyka nas on w danej chwili osobiście. Zupełnie inaczej jest, gdy sami stajemy wobec straty i wiążącego się z nią cierpienia. Mądrość i dojrzałość osobowa rodzi się z wypracowanego dystansu do samego siebie. Trzeba nauczyć się spokojnie i niejako z boku spoglądać na swoje reakcje i przeżywane emocje. Jest to umiejętność, którą nabywa się przez wiele lat i niestety mało jest osób, które naprawdę dążą do jej uzyskania. To ona pozwala radzić sobie w sytuacji straty oraz w wielu innych trudnych momentach życiowych. Pierwszym krokiem, jaki trzeba zrobić na drodze radzenia sobie ze stratą, jest uświadomienie sobie swojego bólu i wszystkich uczuć, jakie się w nas kłębią. Następnie trzeba umieć oddzielić sobie czas na wypełnianie swoich codziennych obowiązków, od tego jaki możemy poświęcić na przeżywanie swojego bólu. Zarówno jedno, jak i drugie jest trudne, jednak to my powinniśmy i wbrew pozorom możemy, mieć nad nimi kontrolę. Nie należy całkowicie odsuwać się od świata, lecz starać się robić wszystko to co normalnie do nas należy. Z drugiej strony trzeba dać sobie czas na przeżycie cierpienia, gdyż jeśli tylko pogrążymy się w pracy by zapomnieć o bólu, tak naprawdę nigdy się z nim nie rozstaniemy. Zostanie on tylko zepchnięty do podświadomości, a stłumione uczucia są największym wrogiem człowieka. Czasami przyczyniają się nawet do wystąpienia fizycznych schorzeń. Z tego powodu należy pozwolić sobie dziennie na kilkadziesiąt minut smutku w samotności. Dać sobie czas, w którym nic nie musimy robić. Czas, w którym nie musimy udawać przed innymi, że ?jakoś sobie radzimy?. Po upływie tego czasu musimy na nowo się zmobilizować do dalszego życia. To właśnie w tym miejscu jest potrzebne poczucie sensu i wartości własnego życia, które tak akcentował Viktor Frankl. Frankl pisał o tym, iż obóz koncentracyjny przetrwały nie te jednostki, które były najzdrowsze i najsilniejsze fizycznie, lecz te, które widziały sens dalszego życia. Nawet jeśli ten sens sprowadzał się do przeżywania silnego gniewu i związanej z nim nadziei, że kiedyś będzie można odpłacić oprawcom i wymierzyć im sprawiedliwości. Jeśli zaś człowiek popadał w apatię, jego koniec był bliski. Jeżeli uda nam się zapanować nad nawałem uczuć i uczepić się sensu, jaki nadaliśmy swojemu życiu, możemy wytrzymać o wiele więcej niż sami sobie zdajemy sprawę. Jeśli zabraknie tego czynnika, złamie nas pierwsze lepsze niepowodzenie. Tylko to pozwoli nam kontrolować swoje zachowanie i płynnie przechodzić od wypełniania obowiązków do czasu poświęcanego swoim uczuciom. Rzecz jasna, stan taki nie może trwać wiecznie. Jednak po pewnym czasie natłok emocji nieco osłabnie. W tym miejscu należy wtrącić kilka uwag na temat tego, od czego rozpocząłem cały ten cykl artykułów, a mianowicie ? na temat rozmowy o swoich uczuciach i wypowiadaniu swojego bólu przed drugą osobą ? psychologiem lub przyjacielem. To co zostało wcześniej napisane mogłoby sugerować, że raczej należy takich rozmów unikać, skoro lepiej radzą sobie osoby, które nie mówiły o swoim cierpieniu, jak tego dowiodły przytoczone badania. Problem jednak leży w innym miejscu. Nie jest nim fakt samej rozmowy, czy nawet podjęcia dłuższej terapii, lecz podejście osoby, która doświadczyła straty. Nie chodzi o to, by całkowicie zrezygnować z takich rozmów. Można się do nich uciec, jeśli znajdzie się ktoś, kto będzie gotowy nas wysłuchać. Trzeba tylko pamiętać, że rola tej osoby sprowadza się tylko i wyłącznie do wysłuchania. Nie można od niej oczekiwać przejęcia odpowiedzialności za nasze problemy i za nasze życia. To właśnie taka roszczeniowa postawa uniemożliwia skuteczną pomoc niesioną przez psychologów. Nawet najlepszy terapeuta nie rozwiąże moich problemów, jeśli ja sam nie będę nic robił w kierunku ich rozwiązania. Wiele osób mówi o swoim bólu, a potem oczekuje, że psycholog w sposób magiczny odejmie ich cierpienie. Tym należy tłumaczyć, uzyskany w opisanych badaniach, wynik. Skoro mamy okazję do rozmowy o naszych uczuciach, to możemy z niej skorzystać. Będzie to taki sam element pracy nad sobą, jak wypełnianie swoich obowiązków oraz czas dla siebie. Zapewne poczujemy w związku z tym pewną ulgę, ale ostatecznie nie możemy niczego więcej wymagać od osoby, która zgodziła się nas wysłuchać. Może się też zdarzyć, że nie będziemy mieli możliwości rozmowy z drugą osobą, bo akurat nikt z przyjaciół nie będzie miał czasu (z doświadczenia wiem, iż zdarza się to wówczas nader często!) lub psycholog nie będzie wzbudzał w nas zaufania. Wtedy trzeba sobie radzić bez rozmowy. Takie wypowiedzenie swojego bólu przed drugą osobą bywa pomocne, ale nie jest nieodzowne. Lepiej też nie rozmawiać wcale niż porozmawiać z nieodpowiednim człowiekiem. Tu warto przytoczyć maksymę o. Augustyna na temat rozmów o uczuciach; ?Nie z byle kim, nie byle gdzie i nie byle jak!? Ostatecznie zawsze największym przeciwnikiem człowieka pozostaje on sam. Najtrudniej przekonać samego siebie. Jeśli nam się to uda, przekonamy się jak wielkie siły drzemią w naszej psychice. Każdy z nas, jeśli tylko zechce, może poradzić sobie nawet w obliczu największych tragedii. Trzeba zrobić wszystko, by nasz emocjonalny potencjał pracował na naszą korzyść, a nie przeciwko nam.  Źródła: V. FRANKL, Homo patiens, tłum. R. Czernecki, J. Morawski, ?Pax? Warszawa 1998. V. FRANKL, Psycholog w obozie koncentracyjnym, tłum. S. Zagórska, ?Pax? Warszawa 1962.